Hisotria astronomii - część 1: Prehistoria
Wstęp
Czy nasi praprzodkowie z epoki kamienia zajmowali się astronomią? To trudne pytanie i wielu badaczy próbuje na nie odpowiedzieć. W przypadku czasóww starożytnych: z Egiptu, Mezopotamii czy Majów dysponujemy tekstami - papirusami, tabliczkami klinowymi - które mówią nam wprost, jak ludzie myśleli o niebie.
W erze prehistorii jesteśmy w stanie badać poziom dawnej wiedzy astronomicznej na podstawie jedynie pozostałości materialnych. Tym zajmuje się archeoastronomia.
W paleolicie i neolicie mamy tylko ślady materialne: nacięcia na kościach, ułożenie ciał w grobach, orientację kamiennych konstrukcji. Problem polega na tym, że te ślady nie mówią nam dokładnie, jaką intencję miał ich twórca.
Paleolit
Australopiteki czy wczesne Homo, wędrujące za wodą i pożywieniem w rytm pór roku, robiły coś, co potrafi praktycznie każde zwierzę - ptaki migrują, niedźwiedzie zapadają w sen zimowy, a żaden z nich nie “rozumie” astronomicznej przyczyny pór roku. To zachowanie adaptacyjne sterowane bodźcami: spada temperatura, krótszy dzień, mniej jedzenia - trzeba się przemieścić. Nie wymaga to żadnego modelu nieba w głowie.
Astronomia w ludzkim sensie zaczyna się dopiero wtedy, gdy potrafimy przewidywać zjawiska na podstawie jakiegoś wyobrażonego modelu. Na przykład: „za tyle dni będzie nów Księżyca i zacznie się pora deszczowa” albo „gdy ta gwiazda pojawi się przed świtem, trzeba zrobić X”. W tym momecie przestajemy żyć tylko zgodnie z rytmem natury, a zaczynamy rozumieć i odtwarzać ten rytm w myślach.
W tym procesie kluczowe są trzy rzeczy: poznanie, pamięć i język.
Szczególnie ważny jest język. Kiedy nazywamy zjawisko jak, np. „nów” albo „pełnia”, robimy coś więcej niż tylko opis - tworzymy symbol. Dzięki temu możemy mówić o Księżycu nawet wtedy, gdy go nie widzimy. To pozwala planować i przekazywać wiedzę innym.
Kalendarz to w zasadzie wspólna pamięć ludzi o cyklach nieba. A taka pamięć może istnieć i się rozwijać tylko dzięki językowi. Bez niego każda kolejna generacja musiałaby wszystkiego uczyć się od początku - nie byłoby postępu ani kumulowania wiedzy.
Hipoteza ognia
Istnieje hipoteza mówiąca że to wynalazek rozpalania ognia przyczynił się do rozpoczęcia obserwacji astronomicznych. Logika jest taka: ognisko daje sztuczne światło i ciepło, co wydłuża godziny aktywności po zmroku. Zamiast kłaść się spać o zachodzie Słońca, grupa siedzi przy ogniu - rozmawia, opowiada, patrzy w niebo. To tworzy okazję do obserwacji gwiazd i Księżyca, której wcześniej mogło nie być. Rutynowe, codzienne palenisko jako element życia pojawia się pewnie dopiero u neandertalczyków i wczesnych Homo sapiens. Dopiero wtedy mogły się pojawić takie społeczne wydarzenia jak “wieczór przy ognisku”, a więc i regularna okazja do patrzenia w niebo.
Płynność poznawcza
Archeolog i kognitywista Steven Mithen zaproponował, że dawniej ludzki umysł działał trochę jak zestaw oddzielnych szuflad.
Jedna „szuflada” była od przyrody (zwierzęta, rośliny), druga od wykonywania narzędzi (technika),
trzecia od relacji społecznych. I te osobne umiejętności nie bardzo się ze sobą mieszały.
Około 60 tys. lat temu (w górnym paleolicie) — według Mithena — nastąpił przełom:
pojawiła się płynność poznawcza (Cognitive fluidity), czyli zdolność umysłu do łączenia różnych typów wiedzy i sposobów myślenia - np. technicznego, społecznego, przyrodniczego czy symbolicznego - w jedną spójną całość .
Od tego momentu ludzie zaczęli: tworzyć symbole i metafory, opowiadać mity, widzieć podobieństwa między różnymi rzeczami. Jest to o tyle ważne dla astronomii, że powstaje właśnie z takiego mieszania: widzisz gwiazdy (przyroda), wyobrażasz sobie, że tworzą zwierzę (symbol), nadajesz temu znaczenie kulturowe (mit, opowieść). Np. powiedzenie: „te gwiazdy wyglądają jak renifer” (inuici) to nie jest zwykła obserwacja - to połączenie różnych sposobów myślenia. Według Mithena astronomia nie pojawia się tylko dlatego, że ktoś patrzy w niebo. Pojawia się dopiero wtedy, gdy umysł potrafi łączyć obserwacje z wyobraźnią, językiem i znaczeniem.
Poszukiwanie pierwszych dowodów
Orientacja pochówków
To jeden z najmocniejszych typów dowodów materialnych. Jeśli ktoś swiadomie ułożył ciało lub głowę zmarłego głową w określoną stronę to znaczy to że wschód/zachód Słońca były wyróżnionymi kierunkami (znacznie: narodziny/śmierć, odrodzenie). Co oznacza konsekwentne że ułożenie ciał względem pewnych kierunków zdradza astronomiczną świadomość.
U neandertalczyków nie znaleziono takiego wzorca. Rozproszone orientacje sugerują, że dla nich kierunek nieba nie był (jeszcze?) symbolem. To wzmacnia tezę, że to “późniejszy wynalazek”. Trzeba jednak dodać ostrożność: neandertalskich pochówków, które moglibyśmy uznać za celowe jest w ogóle niewiele i nawet sam fakt, że grzebali zmarłych intencjonalnie, bywa dyskutowany (np. La Chapelle-aux-Saints). Trudno mówić o “braku wzorca”, gdy próba jest mała.
Kultura pawłowska (Morawy, ~25–30 tys. lat). Stanowiska Předmostí i Dolní Věstonice. Słynny potrójny pochówek z Dolní Věstonice (~27 640 lat — to bardzo precyzyjna data, pochodzi z datowania radiowęglowego) z ułożeniem głów w określoną stronę. Tu jest wzorzec, co sugeruje, że w górnym paleolicie kierunek zaczyna mieć znaczenie.
Předmostí, jedno z największych paleolitycznych cmentarzysk regionu, dokłada do tego skalę — choć znaczną część jego zbiorów utracono w czasie II wojny światowej.
Alissa Mittnik, Chuan-Chao Wang, Jiří Svoboda, Johannes Krause, CC BY 4.0, via Wikimedia Commons
Jebel Sahaba (Nubia/Sudan, ~12–10 tys. p.n.e.). Jeden z najmocniejszych przykładów. Znaleziono tam 58 szkieletów i prawie wszystkie są ułożone w ten sam sposób: głowa skierowana na wschód, twarz na południe. Trudno uznać to za przypadek - przy takiej liczbie wygląda to raczej na świadomą, powtarzalną zasadę. Najpewniej była to jakaś reguła kulturowa związana ze stronami świata, a więc pośrednio także z obserwacją Słońca.
Wikimedia Commons, CC BY 4.0
Sztuka jaskiniowa: znacząca nieobecność
Ciekawą kwestią są malowidła z jaskiń. W słynnych jaskiniach, takich jak Chauvet (ok. 32-30 tys. lat temu), Lascaux czy Altamira, widzimy ogromne bogactwo malunków: zwierzęta, odciski dłoni, znaki abstrakcyjne. Natomiast Słońce, Księżyc czy gwiazdy właściwie się nie pojawiają - a przynajmniej nie w sposób jednoznaczny. Wnioski jakie można wyciągnąć mogą być takie że: po pierwsze, niebo mogło po prostu nie być tematem sztuki. Malowidła jaskiniowe koncentrują się głównie na zwierzętach - zwłaszcza tych ważnych dla łowiectwa lub budzących respekt. Pasuje to do interpretacji, które łączą tę sztukę z praktykami szamańskimi i światem polowania. Niebo mogło należeć do innej sfery - opowieści, rytuałów, doświadczeń - które nie zostawiały trwałych śladów. Po drugie, istnieją próby „astronomicznego” odczytywania tych malowideł. Najbardziej znane sugerują, że układy kropek w Lascaux przedstawiają Plejady, a sylwetki zwierząt odpowiadają gwiazdozbiorom. Problem w tym, że takie interpretacje są bardzo niepewne i łatwo w nich zobaczyć raczej nasze własne wyobrażenia niż rzeczywiste intencje twórców.
W tym kontekście ważna jest też wzmianka o szamanizmie. Nawet jeśli niebo nie było malowane, mogło odgrywać istotną rolę w wierzeniach. Tyle że była to sfera, do której archeologia ma ograniczony dostęp - obecna raczej w praktykach i opowieściach niż w materialnych przedstawieniach.
Kalendarze na kościach: serce kontrowersji
Kalendarze wycięte na kościachto jeden z najbardziej znanych i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych wątków w badaniach nad „astronomią paleolityczną”, więc warto go uporządkować.
Alexander Marshack w książce The Roots of Civilization (1972) zaproponował, że niektóre nacięcia na kościach i przedmiotach z górnego paleolitu nie są przypadkowymi dekoracjami, lecz mają charakter zapisu informacji.
Jego zdaniem były to wczesne formy notacji. Konkretne serie nacięć miałyby odpowiadać np. kolejnym fazom Księżyca (cykl ok. 29,5 dnia), a bardziej złożone układy mogłyby dokumentować dłuższe okresy czasu.
Przykładem, który przywoływał, jest płytka z Grotte du Taï, interpretowana przez niego jako możliwy zapis roku słonecznego z zaznaczonymi momentami przesileń. Gdyby ta interpretacja była trafna, oznaczałoby to, że ludzie już 20–30 tysięcy lat temu potrafili prowadzić systematyczne obserwacje nieba i zapisywać je w formie ilościowej.
To śmiała teza, ponieważ przesuwa początki tworzenia swoistych kalendarzy znacznie wcześniej, niż zakłada większość ostrożniejszych interpretacji.
Bautsch, CC0, via Wikimedia Commons
Inny przykład: kość z Ishango (z dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga, ~20 tys. lat) jest częściej dyskutowana w kontekście matematyki (ciągi liczb, czasem interpretowane jako liczby pierwsze albo system liczenia), a interpretacja kalendarzowo-księżycowa to jedna z propozycji — równie sporna jak te matematyczne.
Joeykentin, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons
Oczywiście teoria spotkała się krytyką. Jednym z dwóch zarzutów jest to, że nacięcia te mogły powstać w intencji estetycznej, nie miał to być zapis. Nacięcia mogły być dekoracją, oznaczeniem własności, wynikiem obróbki narzędzia, liczeniem upolowanej zwierzyny czy czymkolwiek innym. Nadawanie im akurat astronomicznego sensu jest przesadzone.
Drugi zarzut jest znacznie mocniejszy.
Marshack twierdził, że nacięcia to notacja — zapis prowadzony w czasie, kreska po kresce, w rytm faz Księżyca. Ale z tego założenia wynika sprawdzalna konsekwencja: jeśli zapis powstawał przez wiele dni czy tygodni, to poszczególne grupy nacięć musiały być wykonywane w różnych momentach, a więc najpewniej różnymi narzędziami — bo nikt nie trzyma w ręku tego samego ostrza nieprzerwanie przez miesiąc.
Archeolog Francesco d’Errico zbadał ślady narzędzi pod mikroskopem elektronowym i dokonał analizy mikrostruktury nacięć. Każde ostrze, ze względu na swoją krawędź i sposób prowadzenia, zostawia w rowku charakterystyczną sygnaturę: profil przekroju, kierunek żłobienia, drobne nieregularności. Pod mikroskopem elektronowym te sygnatury można porównywać i zbadać czy zostały zrobione rożnymi narzędziami czy jednym. Wynik uderzył w samo założenie Marshacka. W szeregu przypadków nacięcia, które Marshack zaklasyfikował jako odrębne “wpisy” robione w różnym czasie, okazały się dziełem jednego narzędzia, wykonanym jednorazowo. A to nie jest drobna korekta — to obalenie warunku koniecznego. Notacja rozłożona w czasie zakłada wykonanie rozłożone w czasie; jeśli wykonanie było jednorazowe, hipoteza notacji upada.
Sedno problemu — “projekcja”. Najtrwalsza lekcja z tego sporu jest metodologiczna. My, ludzie kultury kalendarza, chcemy widzieć w regularnych nacięciach kalendarz — bo to potwierdza intuicyjną opowieść o “przodku patrzącym w Księżyc”. Ale liczba nacięć bliska 29 czy 30 nie dowodzi związku z Księżycem; cykl księżycowy to po prostu jedna z wielu rzeczy, do których pasuje liczba “około trzydzieści”. To klasyczny przykład, jak hipoteza może być podtrzymywana danymi, nie będąc przez nie wymuszana.
Braki obserwatoriów
Nie znamy żadnych stanowisk-obserwatoriów z paleolitu. To, co znamy dla neolitu (megality z wyrównaniami, jak Newgrange czy później Stonehenge), nie ma odpowiednika w paleolicie. Mobilni łowcy-zbieracze nie budowali trwałych instalacji do obserwacji nieba — i to logiczne, bo astronomia osiadła, monumentalna, wymaga miejsca, do którego się wraca. Dlatego prawdziwy przełom architektoniczno-astronomiczny przyjdzie dopiero z neolitem i osiadłym trybem życia.
Całość układa się w spójny obraz: paleolit daje nam przesłanki (rozwój poznawczy, ogień, intencjonalne pochówki, być może symboliczne nacięcia), ale żadnego twardego dowodu na rozwiniętą astronomię obserwacyjną. To raczej okres, w którym dojrzewają warunki do rozpoczęcia obserwacji astronomicznych.
Neolit
W epoce neolitu rozpoczęło się rolnictwo, zaczęła się hodowla bydła i zaczęto tworzyć pierwsze osady. To właśnie te czynniki zmieniły naszą relację z niebiem. Rolnik jest przywiązany do ziemi — ludzie przeszli na osiadły tryb życia, a to dopiero umożliwiło astronomię miejsca: wbity słup, ustawiony kamień, kopiec, względem którego można rok po roku śledzić, gdzie wschodzi Słońce. Wędrowny łowca nie miał po co stawiać takiego celownika, skoro za miesiąc był pięćdziesiąt kilometrów dalej. Osiadłość dała więc możliwość. Rolnik zaczął przewidywać: kiedy siać, kiedy zbierać, kiedy spodziewać się deszczu czy wylewu. Niebo stało się więc nie ciekawostką, lecz narzędziem produkcji. Pomyłka o dwa tygodnie to zmarnowany plon i głód. Przesilenia i równonoce stały się najpewniejszymi stałymi, punktami odnisienia. Astronomia neolitu była jednak nie tylko praktyczna, ale i społeczna. Rolnictwo daje nadwyżkę żywności, ta utrzymuje ludzi, którzy sami jedzenia nie produkują — kapłanów i “specjalistów od nieba” — a budowa megalitu wymaga zorganizowanej, wyżywionej siły roboczej. Rozpoczęła się astronomia monumentalna, która jest świadectwem złożonej organizacji: żeby postawić kamienne obserwatorium, najpierw trzeba mieć społeczeństwo, które na to stać. Uderzający jest przy tym geograficzny rozrzut tych konstrukcji — Brytania, Egipt, Ameryka Północna. Podobieństwo odległych kultur można tłumaczyć na dwa sposoby — albo jedna cywilizacja wszystko wymyśliła, a reszta zapożyczyła, albo każda doszła do tego sama (niezależny wynalazek). I tu rozstrzyga geografia: skoro neolityczna Brytania i prekolumbijska Ameryka nie miały jak się ze sobą kontaktować, a mimo to obie zaczęły znakować krajobraz pod kątem Słońca. Zostaje wniosek, że to po prostu naturalna odpowiedź na uniwersalne potrzeby rolnika. Nie znaczy to, rzecz jasna, że wiedza astronomiczna nigdy nie wędrowała między kulturami — wędrowała, i to nieraz. Chodzi o to, że akurat tej praktyki nikt nikomu nie musiał podpowiadać. A to prowadzi do wniosku ważniejszego, niż się wydaje: zdolność do uważnej obserwacji nieba jest powszechnie ludzka. Przykłady poniżej.
Nabta Playa
Nabta Playa to stanowisko w południowym Egipcie, jakieś sto kilometrów na zachód od Nilu, pochodzące z czasów, gdy Sahara nie była jeszcze pustynią. W tak zwanym okresie “zielonej Sahary” padały tu sezonowe deszcze, które wypełniały płytkie jeziora — playa, od których stanowisko wzięło nazwę. Żyli tu pasterze, a nie rolnicy znad rzeki, i to oni ustawili niewielki krąg kamienny o średnicy niespełna czterech metrów. Pary płyt tworzą w nim wąskie “szczeliny celownicze”, a jedna z tych par wyznacza kierunek wschodu Słońca w przesilenie letnie. Datowanie i kontekst archeologiczny są dobrze udokumentowane dzięki wieloletnim pracom Freda Wendorfa i Romualda Schilda — przy czym warto wiedzieć, że dokładny wiek kręgu bywa podawany różnie (zwykle w przedziale około sześciu–siedmiu tysięcy lat), co czyni go starszym od europejskich megalitów.
Raymbetz, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons
Najciekawsze jest jednak nie to, że celowali w przesilenie, lecz dlaczego akurat w nie. To piękny przykład astronomii czysto funkcjonalnej. W tym regionie przesilenie letnie zbiegało się z nadejściem letnich deszczów, które napełniały jeziora. Dla pasterzy całkowicie zależnych od wody nie był to abstrakcyjny moment w kalendarzu, lecz sygnał: “wkrótce będzie woda”. Wyrównanie kamieni jest więc wpisaniem w kamień najważniejszej daty całego roku gospodarczego.
Nabta Playa bywa interpretowana znacznie śmielej, niż pozwalają dowody. Pojawia się teza, że to właśnie ci pustynni pasterze “zasiali” późniejszy egipski kult Słońca i monumentalną religię — że gdy Sahara wyschła, ich potomkowie ruszyli ku dolinie Nilu, niosąc ze sobą idee, które rozkwitły w cywilizacji faraonów. To hipoteza atrakcyjna i niewykluczona, ale pozostaje rekonstrukcją, nie faktem.
Jeszcze ostrożniej trzeba traktować propozycję, że niektóre większe głazy Nabta są ustawione na jasne gwiazdy — Syriusza, Arktura czy gwiazdy Oriona. Tego rodzaju odczyty silnie zależą od przyjętej daty i od poprawek na powolny ruch gwiazd na niebie, więc łatwo “dopasować” niemal dowolne wyrównanie. Należy je traktować z tą samą rezerwą co astronomiczne interpretacje malowideł z Lascaux — jako ciekawą możliwość, nie ustalenie.
Newgrange
Newgrange jest świetnym przypadkiem dowodu, którego nie da się nazwać tylko przypadkiem. To grobowiec korytarzowy w Irlandii, wzniesiony około 3150 lat przed naszą erą — a więc starszy od piramid w Gizie i od kamiennego Stonehenge. Pod kopcem ciągnie się dwudziestotrzymetrowy korytarz prowadzący do komory grobowej w głębi.Sednem sprawy jest element, którego nie sposób wytłumaczyć zbiegiem okoliczności — tak zwany roof box, czyli specjalnie zbudowany otwór nad wejściem. Przez kilka dni wokół przesilenia zimowego, i tylko wtedy, promień wschodzącego Słońca nie wpada przez samo wejście, lecz właśnie przez ten otwór: biegnie całym korytarzem i na kilka minut oświetla wnętrze komory na końcu.
A view over the hedge of Newgrange Passage Tomb by John M, CC BY-SA 2.0, via Wikimedia Commons
I to jest właśnie powód, dla którego Newgrange rozstrzyga sprawę intencji. Przy wielu megalitach spór toczy się o to, czy kamienie celowo na coś wskazują, czy to przypadek — bo mając ich dość dużo, zawsze znajdzie się jakaś para ustawiona w stronę istotnego punktu na niebie. Tutaj takiego problemu nie ma. Roof box to osobny, celowo skonstruowany element, którego jedyną funkcją jest wpuszczenie światła w jeden konkretny dzień roku. To nie jest przypadkowa linia między głazami — to inżynieria optyczna o jednym, jednoznacznym przeznaczeniu. Intencja jest tu dosłownie wbudowana w architekturę.
Maeshowe
To praktycznie „bliźniak” Newgrange z drugiego końca Wysp Brytyjskich.
Maeshowe to grobowiec komorowy, wzniesiony około 2800 roku p.n.e. na największej wyspie archipelagu Orkadów, na północ od Szkocji. Pod trawiastym kopcem kryje się długi, niski korytarz prowadzący do głównej komory zbudowanej z ogromnych płyt kamiennych. Sednem astronomicznym jest to, że korytarz jest tak ustawiony, by w okolicach przesilenia zimowego wpadało nim światło zachodzącego Słońca, oświetlając na kilka minut tylną ścianę komory. Kluczowa różnica względem Newgrange, którą warto podkreślić: Newgrange łapie Słońce wschodzące (o świcie), a Maeshowe — zachodzące (o zmierzchu). Oba celują w przesilenie zimowe, ale z przeciwnych stron dnia. To ważne, bo pokazuje, że nie chodziło o jeden sztywny „przepis”, lecz o szerszą ideę: uchwycić moment najkrótszego dnia, niezależnie od tego, czy robi się to o poranku, czy o wieczorze.
Maeshowe by Stuart Wilding, CC BY-SA 2.0, via Wikimedia Commons
Maeshowe chambered cairn (1) by Carroll Pierce, CC BY-SA 2.0, via Wikimedia Commons
Skoro budowniczowie w Irlandii i na Orkadach — oddaleni od siebie i niekoniecznie połączeni — niezależnie wpadli na ten sam pomysł („grobowiec ustawiony na przesilenie zimowe”), to znaczy, że powiązanie śmierci, grobu i powrotu Słońca nie było lokalnym kaprysem, lecz głębszą, powtarzalną ideą neolitycznej Europy.
Warto też się zatrzymać, aby sie zastanowić czym są budowle w Newgrange i Maeshowe. Przesilenie zimowe to najkrótszy dzień — moment, który łatwo odczytać jako “śmierć” i ponowne “narodziny” Słońca. Wpuszczenie światła do wnętrza grobowców dokładnie w tej chwili spina dwa porządki: śmierć (zmarli złożeni w komorze) i odrodzenie (Słońce zawracające ku wiośnie). I tu widać, czym naprawdę była astronomia neolitu — niebo, religia i pamięć o zmarłych stanowiły jedną całość. Newgrange i Maeshowe nie były obserwatoriami w naszym sensie; były świątyniami, w której obserwacja nieba i wiara były tym samym.
Stonehenge
Stonehenge to kamienna konstrukcja na równinie Salisbury w południowej Anglii, wznoszona — i wielokrotnie przebudowywana — przez mniej więcej półtora tysiąca lat, z grubsza między 3000 a 1500 rokiem przed naszą erą. Nie powstała więc za jednym razem; to raczej efekt pracy wielu pokoleń, które dokładały i przestawiały kolejne elementy.
W swojej najbardziej rozpoznawalnej postaci Stonehenge to krąg wielkich, pionowych głazów połączonych u góry poziomymi płytami — i właśnie te poziome nadproża, leżące na stojących kamieniach, są tym, co odróżnia go od zwykłego kręgu kamiennego. Największe z tych głazów, tak zwane sarseny, ważą po kilkadziesiąt ton. Wewnątrz kręgu stały mniejsze “kamienie błękitne” (bluestones), które — co samo w sobie zdumiewające — przytransportowano z gór Preseli w Walii, oddalonych o około 250 kilometrów. Już sam ten wysiłek mówi nam coś istotnego: postawienie Stonehenge wymagało ogromnej, zorganizowanej i wyżywionej siły roboczej.
Velvet, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons
Do tego dochodzą elementy, wokół których kręci się cała dyskusja astronomiczna. Pierwszy to pojedynczy kamień stojący poza kręgiem, zwany Heel Stone. Wyznacza on główny kierunek całej budowli — wyobrażoną linię biegnącą od środka kręgu, przez wejście, prosto ku niemu. To właśnie ta linia celuje we wschód Słońca w przesilenie letnie, i to ona jest sednem astronomicznego znaczenia Stonehenge. Drugi element to krąg pięćdziesięciu sześciu jam tuż pod powierzchnią ziemi, nazwanych dołkami Aubrey — od nazwiska siedemnastowiecznego badacza, który je opisał. To właśnie te dwie rzeczy — kierunek ku Heel Stone i dołki Aubrey — staną się sednem sporu o to, czym Stonehenge było: świątynią, kalendarzem, a może czymś więcej.
- Kamień ołtarzowy — sześciotonowy monolit z zielonego, łyszczykowego piaskowca z Walii
- Kurhan bez pochówku
- Grupa kurhanów (bez pochówków)
- Powalony Kamień Ofiarny (Slaughter Stone), 4,9 m długości
- Kamień Pięty (Heel Stone)
- Dwa z pierwotnie czterech Kamieni Stacji (Station Stones)
- Rów
- Wał wewnętrzny
- Wał zewnętrzny
- Aleja — para równoległych rowów i wałów prowadząca 3 km do rzeki Avon
- Krąg 30 jam zwanych Y Holes
- Krąg 29 jam zwanych Z Holes
- Krąg 56 jam, znanych jako doły Aubreya (Aubrey holes)
- Mniejsze wejście południowe
Już w XVIII wieku William Stukeley — nazywany czasem „ojcem archeoastronomii” — zauważył, że główna linia całej budowli celuje we wschód Słońca w przesilenie letnie, w stronę kamienia zwanego Heel Stone. To obserwacja prosta, powtarzalna i do dziś niekwestionowana. Nikt poważny nie spiera się o to, że Stonehenge ma związek z przesileniem letnim.
Spór zaczął się dopiero wtedy, gdy z tej obserwacji zaczęto wyciągać znacznie dalej idące wnioski. W latach sześćdziesiątych XX wieku astronom Gerald Hawkins użył komputera IBM, by przeliczyć linie biegnące między dziesiątkami elementów stanowiska. Doliczył się kilkunastu kierunków wskazujących na ważne położenia Księżyca i kilkunastu wskazujących na Słońce, a przede wszystkim ogłosił rzecz sensacyjną: że pięćdziesiąt sześć tak zwanych dołków Aubrey — kręgu jam wokół zabytku — to „neolityczny komputer” służący do przewidywania zaćmień w cyklu pięćdziesięciu sześciu lat. Poparł go wybitny astrofizyk Fred Hoyle, co dodało całości naukowego prestiżu. Była to zmiana jakościowa: od „śledzili przesilenie”, które jest rytuałem, do „przewidywali zaćmienia”, co byłoby już astronomią wysokiej precyzji — niemal nauką w naszym sensie.
Odpowiedź na te przypuszczenia, stała się wzorem rzetelnej krytyki. Archeolog Richard Atkinson opublikował recenzję o złośliwym tytule Moonshine on Stonehenge — gdzie „moonshine” znaczy zarazem „księżycowa poświata” i „bzdura”. Postawił trzy zarzuty, a tym, co czyni jego krytykę tak mocną, jest to, że trafiają z trzech różnych stron naraz. Po pierwsze, dołki Aubrey zawierały pochówki ciałopalne i zostały zasypane od razu po wykopaniu. A „komputer zaćmieniowy” wymagałby przesuwania w nich znaczników rok po roku — w zasypanych jamach jest to po prostu niemożliwe. Po drugie, Hawkins dopuścił przy swoich obliczeniach tak duży margines błędu, że przy dziesiątkach elementów jakieś linie musiały trafić w jakieś ważne punkty na niebie. Inaczej mówiąc, wynik nie tyle został odkryty, ile był z góry przesądzony przez samą metodę — przy tak luźnych kryteriach nie mógł nie wyjść. Po trzecie, datowanie pokazało, że poszczególne części Stonehenge powstawały przez około półtora tysiąca lat, w odrębnych fazach budowy. Elementy, które Hawkins łączył w jedną „maszynę”, nigdy nie istniały w tym samym czasie — nie mogły więc działać jako jeden przyrząd. Dziś dominuje wniosek ostrożny. Owszem, neolityczni ludzie śledzili przesilenia i prawdopodobnie równonoce w celach rytualnych i kalendarzowych, i notowali cykle Księżyca w grubym, sezonowym przybliżeniu. Ale “astronomia wysokiej precyzji” — przewidywanie zaćmień, komputery z kamienia — nie ma oparcia w dowodach i jest odrzucana.
Goseck
Goseck (wschodnie Niemcy, Saksonia-Anhalt) to neolityczna konstrukcja z okresu około 4900 roku p.n.e. — a więc starsza od kamiennego Stonehenge o jakieś dwa tysiące lat i mniej więcej w podobnym wieku albo nieco młodsza od kręgu z Nabta Playa. W odróżnieniu od brytyjskich megalitów nie była zbudowana z kamienia, lecz z ziemnych rowów i drewnianych palisad: koliste ogrodzenie o średnicy około 75 metrów, zrowami ułożonymi w pierścienie jeden w drugim i dwoma kręgami drewnianych słupów, w których wycięto bramy.
Jwaller, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons
Kenny Arne Lang Antonsen, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons
Dwie z tych bram są ustawione tak, że wyznaczają kierunki, w których Słońce wschodzi i zachodzi w przesilenie zimowe. Stojąc w środku, patrzyło się przez jedną bramę na poranne Słońce w najkrótszym dniu roku, a przez drugą — na to samo Słońce zachodzące. Datowanie (na podstawie znalezisk ceramiki i metody radiowęglowej) jest dobrze ugruntowane, a sam obiekt zalicza się do grupy tak zwanych rondeli — okrągłych konstrukcji rowowo-palisadowych, których w Europie Środkowej odkryto już ponad sto.
de:Benutzer:Rainer Zenz, own drawing, Public domain, via Wikimedia Commons
Nie wiemy dokładnie, jak używano Goseck, ale układ stanowiska i znaleziska wskazują, że było to miejsce zgromadzeń i obrzędów neolitycznych rolników, prawdopodobnie powiązanych właśnie z cyklem Słońca.
Goseck, podobnie jak Nabta Playa, jest dziś w dużej mierze rekonstrukcją. Oryginał był drewniany, więc słupy dawno przegniły — to, co można dziś obejrzeć na miejscu, to odtworzone palisady postawione na podstawie śladów po dołach po słupach.
Goseck jest cenny z dwóch powodów. Po pierwsze, to praktycznie europejski odpowiednik Nabta Playa: ogrodzone „obserwatorium z bramami celowniczymi”, powtarzające ten sam pomysł w zupełnie innym miejscu i z zupełnie innego materiału (ziemia i drewno zamiast kamienia). To znów ten sam argument o niezależnej zbieżności, który przewija się tutaj od początku. Co więcej, Goseck dokłada do tego argumentu nowy wymiar: istnienie ponad stu rondeli w Europie Środkowej pokazuje, że nie był to jednorazowy wynalazek, lecz cała tradycja okrągłych konstrukcji — pomysł na tyle naturalny, że powtarzano go dziesiątki razy. Po drugie, Goseck rozsadza wygodną, ale fałszywą mapę „kolebek cywilizacji”. Razem z Nabta Playa pokazuje, że monumentalna astronomia kwitła na długo przed Stonehenge i niezależnie od Egiptu czy Mezopotamii — w nieoczywistych miejscach, wśród społeczności, którym popularny obraz prehistorii rzadko przypisuje takie osiągnięcia. Co znowu pokazuje, że obserwacja nieba jest powszechna dla ludzi, a nie była wymysłem jednej cywilizacji.
Żeby nie zostawać tylko przy europie. Następny przykład z azji.
Taosi
Taosi to rozległe stanowisko w prowincji Shanxi w północnych Chinach, datowane mniej więcej na lata 2300–1900 p.n.e. — a więc późny neolit, na progu epoki brązu. To nie był pojedynczy monument, lecz duży ośrodek osadniczy: ślady murów, warsztatów, grobów o wyraźnym zróżnicowaniu bogactwa (co świadczy o rozwarstwionym, złożonym społeczeństwie). W obrębie tego ośrodka odkryto konstrukcję: półkolistą platformę z ubitej ziemi, na której stał rząd ziemnych filarów ustawionych w łuk. Między filarami pozostawiono wąskie szczeliny. Stojąc w wyznaczonym punkcie pośrodku, obserwator patrzył przez kolejne szczeliny na wschód Słońca — a ponieważ punkt wschodu wędruje po horyzoncie w ciągu roku, różne szczeliny odpowiadały różnym porom: przesileniom, równonocom i datom pośrednim.
To dokładnie ta sama zasada co „szczeliny celownicze” w Nabta Playa, tylko zrealizowana z ziemi zamiast z kamienia i na większą skalę. Chińscy archeolodzy przeprowadzili wieloletnie obserwacje na zrekonstruowanym obiekcie, sprawdzając, czy szczeliny faktycznie „łapią” wschody Słońca w kluczowych momentach roku — i to właśnie te badania stoją za interpretacją Taosi jako miejsca śledzenia kalendarza słonecznego.
W obu Amerykach podobne idee pojawiły się niezależnie, choć później niż w Starym Świecie: od Trzynastu Wież w Chankillo (IV–III w. p.n.e.) po drewniane kręgi „Woodhenge” w Cahokia (XI–XII w. n.e.).
Wnioski
Ten przegląd uczy ostrożności. Raz po raz okazywało się, że to, co braliśmy za dowód astronomii naszych przodków, było raczej odbiciem naszych własnych oczekiwań — kalendarza dopatrzonego w nacięciach, zaćmień wyczytanych z dołków. Najtrwalszym wnioskiem nie jest więc konkretna data ani konstrukcja, lecz dyscyplina patrzenia: rozróżnianie tego, co dane dopuszczają, od tego, co naprawdę udowadniają.
Paleolit dał warunki — rozwój poznania, ogień, myślenie symboliczne — ale bez twardych dowodów na rozwiniętą astronomię. Neolit przyniósł pierwsze ślady nie do podważenia, jak Newgrange, lecz zarazem pokazał granicę: była to kosmologia wpleciona w rytuał, a nie nauka w naszym sensie. Kolejny krok to wczesna epoka brązu i wejście w świat pisma — Mezopotamia i Egipt — gdzie domysł ustępuje miejsca zapisowi, a archeoastronomia przechodzi w historię astronomii właściwej.
Komentarze (0)
Brak komentarzy — bądź pierwszy.
Zaloguj się, żeby napisać komentarz